...czyli niezbędny dodatek do kolorowych, pachnących i pysznych wypraw.

wtorek, 26 listopada 2013

Subiektywny alfabet o Warszawie – Margerytka poleca (część 1/3)



A jak… Aioli

Co to jest Aioli? Po pierwsze, sos czosnkowy przygotowywany z czosnku, żółtek, oliwy i soku limonkowego, choć istnieje wiele różniących się od siebie wersji tego sosu nazywanego „masłem Prowansji”. Po drugie, Aioli to nazwa pewnego uroczego miejsca znajdującego się w Warszawie, o którym założyciele piszą:
„Postanowiliśmy stworzyć „miejsce środka”, łączące wysoką jakość ukrytą w prostocie składników i kuchni z zaletami wielkomiejskiej kantyny.”
Smakowałyśmy tam pyszną ciepłą bagietkę z sosami, w tym właśnie sosem czosnkowym, popijając je ciemnym piwem, kiedy nad miastem powoli zapadał prawie już jesienny wieczór, rozświetlany płomykami świec na stolikach.





A jak… Akademia Przyszłości w Warszawie

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o projekcie, który jest realizowany również w Warszawie (obok Krakowa, Rzeszowa, Poznania i wielu innych miast). Ma on na celu pomagać dzieciom, które tego potrzebują. Raz w tygodniu jeden tutor spotyka się z dzieckiem i pomaga mu w nauce, choć w gruncie rzeczy bardziej chodzi o to, by dziecko uwierzyło w siebie i w możliwość odnoszenia sukcesów - od tych małych po większe. Program narodził się w Krakowie 11 lat temu, jako „młodsza siostra” Szlachetnej Paczki.
Początki programu w stolicy sięgają roku 2009. Aktualnie program działa w sześciu szkołach, obejmuje 100 dzieci, angażując 100 tutorów i wielu ludzi wspierających sam pomysł. I właśnie ludzie są w tym najważniejsi, zarażając innych pozytywną energią, dzieląc się dobrem i mądrą pomocą. Mądrą pomoc definiowaną w ten sposób:

„Czasami mówią: nie należy dawać ryby, ale wędkę. A ja dopowiem: jeśli ktoś dostanie wędkę, ale nie ma mentalności wędkarza, to zaraz ją sprzeda i kupi ryby. Jeżeli ktoś ma mentalność wędkarza, to poszuka sobie kija i zacznie łowić. Wszystko siedzi w naszej głowie. Jeśli zdobędziemy mentalność wędkarza, to zawsze poradzimy sobie w życiu…” (ks. Jacek Stryczek)





B jak... Biblioteki

Nie tylko biblioteki publiczne, które można znaleźć w każdej dzielnicy (a wśród których prym wiodą biblioteki bemowskie - choćby z powodu przyjazności wobec przyjezdnych i dobrze zaopatrzonego księgozbioru), ale takie jak chociażby Biblioteka Publiczna Województwa Mazowieckiego na ul. Koszykowej, Wojewódzka Biblioteka Pedagogiczna na ul. Smyczkowej, Biblioteka Narodowa (która, przynajmniej w teorii powinna posiadać egzemplarz każdej książki wydanej w Polsce), a także Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Ta ostatnia mieści się w budynku, na dachu którego znajduje się kompleks ogrodowy z tarasami widokowymi. Sam ogród zajmuje 1 ha z czego roślinność zajmuje 5,111 m².
Ciekawa historia wiąże się też z konstrukcją, którą można zobaczyć przy wejściu do biblioteki: metalowy stelaż w kolorze różowo-fioletowym niejednokrotnie budził kontrowersje, choćby przy okazji umieszczenia go przed nową siedzibą BUWu. Jest on bowiem zabytkowym stelażem z dawnej siedziby biblioteki, niegdyś  mieszczącym katalogi. Ciekawa jest też fasada budynku Biblioteki Uniwersyteckiej, można na niej znaleźć:
„karty ksiąg z różnymi formami zapisu ludzkiej myśli: nuty partytury Karola Szymanowskiego, zapis matematyczny liczby π, fragment Biblii w sanskrycie, tekst hebrajski i arabski, grecki dialog Platona, staroruską pochwałę ksiąg i staropolski tekst Jana Kochanowskiego.”




C jak… Cedrowe lody

Do niedawna zajadałam się nimi jedynie na jednej z uliczek Starego Miasta, niedaleko Barbakanu: słodkie, jakby trochę cytrusowe z posmakiem czegoś żywicznego, z kawałkami kandyzowanych owoców. Pyszne! Tymczasem ostatnio odkryłam zupełnie inne miejsce, gdzie też można kupić lody cedrowe: na Starych Włochach, w Cafe Malfato. Te lody są zupełnie inne, nie tak śmietankowe, bardziej jak sorbet, gorzkawe jak np. grejfrut, nie powiem, ciekawy smak i zapewne jeszcze tam wrócę :)







C jak… Cmentarzysko Zapomnianych Książek

Jeśli czytaliście „Cień wiatru” Zafona, wiecie czym jest Cmentarzysko Zapomnianych Książek. Jednak mało osób wie, że miejsce o tej samej nazwie powstało również w Warszawie, i to nie raz a kilka razy. Miłośnicy książek, którzy nie chcieli by książki z zamykanych antykwariatów trafiły na przemiał, wpadli na następujący pomysł: zbieramy książki w jednym miejscu, obowiązuje opłata za wejście, dostajesz dużą niebieską torbę z Ikei i to co się w niej zmieści, zabierasz ze sobą. Plus jeśli przyniesiesz minimum 10 książek, płacisz mniej.
Pierwsza edycja miała miejsce w listopadzie 2009 roku, w podziemiach Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, na ulicy Dobrej. Dzięki zainteresowaniu mediów frekwencja w dniu otwarcia przerosła wszelkie oczekiwania: w kolejce stało ok. 600-800 osób, a książek starczyło w zasadzie dla 300-500. Cmentarzysko działało do 23 grudnia, w tym czasie wyniesiono z niego 50 000 książek, a dokonało tego ok. 6000 osób.
Druga edycja odbyła się w 2010 roku, wtedy Cmentarzysko Zapomnianych Książek działało prawie 3 miesiące, nie było tak promowane przez media. Było wspierane przez Antyradio i kilka blogów książkowych.
Trzecia edycja była zupełnym szaleństwem: na warszawskim Bemowie, w samodzielnym budynku po raz kolejny otworzyły się podwoje Cmentarzyska Zapomnianych Książek.
Jak o tym pisze założyciel:
„To tu CZK miało się zakorzenić i istnieć całorocznie. Co prawda, początek CZK 3, był obiecujący (dzięki wsparciom mediów), jednak czas weryfikuje wszystkie plany. Po niespełna roku CZK musieliśmy zamknąć.
Niska frekwencja i ekonomia nie dały nam złudzeń. Cmentarzysko może istnieć tylko w formie impulsywnej i krótkookresowej.”
Warto jednak zwrócić uwagę na projekt, który powstał niejako „zamiast” Cmentarzyska: Sięczyta.


  Fotografia udostępniona przez organizatora Cmentarzyska 



D jak... Dzieci mile widziane, czyli CieKawa Cafe

Wybrałyśmy się tam kiedyś z koleżanką, jako że miejsce niedaleko mnie i niedaleko niej, a zapowiadało się fajnie. Po wizycie tam wiem, że to świetne miejsce :) Jasne wnętrze, kolorowe akcenty, pyszne picie i jedzenie. Przyznaję, nigdy wcześniej nie piłam owocowo -”sosnowego” napoju Wostok (bezalkoholowy) i … piwa poziomkowego.
Szczególnie latem miło jest usiąść w ogródku za żółtym, niskim płotkiem i obserwować świat z perspektywy leżaka.
Poza tym miejsce jest bardzo przyjazne dzieciom, odbywają się tam również dla nich zajęcia.





E jak... Elizeum

Ceglana, podziemna rotunda wybudowana w latach 1776-1778 według projektu Szymona Bogumiła Zuga, na życzenie Kazimierza Poniatowskiego. Dawniej podziemna altana, miejsce (jak głosi napis nad wejściem) „dla przyjaciół i pięknych pań”, miejsce pełne przepychu i luksusu, obecnie niemal zupełnie zapomniane, choć istnieją plany jego odrestaurowania. Elizeum mieści się niedaleko ulicy Książęcej i Placu Trzech Krzyży, na terenie Parku Rydza-Śmigłego. Warto też dodać, że jest to istotne w skali regionu... zimowisko nietoperzy.





F jak...  Fundacja Maraton Warszawski

Istnieje od 2002 roku, jej misją jest promowanie biegania i zdrowego stylu życia, wspieranie biegaczy-amatorów i profesjonalistów. Fundacja jest organizatorem imprez biegowych takich jak Maraton Warszawski, Półmaraton Warszawski, cyklu biegów Pucharu Maratonu, Biegu Sztafet Accreo Ekiden i wielu innych akcji społecznych. Warto wspomnieć, że Fundacja maraton Warszawski reaktywowała i dzielnie kontynuuję tradycję Maratonu Warszawskiego, biegu, który był organizowany od roku 1979.





G jak... Galeria Funky

Miłe, przytulne miejsce przy Placu Zbawiciela. Fajny wybór kaw i „czegoś słodkiego” do nich, a przy tym naprawdę duży wybór czegoś, czym można owe kawy posłodzić. Poza tym przyjemne wnętrze, nienachalna muzyka i fajne widoki z okien. Lubię! :)





G jak.. Glinianki

Kompleks stawów powstałych po wydobyciu gliny na potrzeby pobliskich cegielni. Na terenie Warszawy znajduje się kilka takich zespołów stawów, szczególnie na Starych Włochach: Glinianki Cietrzewia, Stawy Koziorożca, Glinianka Podwójna, czy też na Jelonkach: Glinianki Sznajdra, Glinianki Jelonek.









H jak... Hejnał Warszawy

Wiedzieliście że Warszawa ma swój hejnał? A dlaczego od początku 2008 roku jest wygrywany o 11:15 z wieży Zamku Królewskiego? Bo o tej godzinie zatrzymał się zegar w czasie bombardowania Warszawy w czasie II wojny światowej. Sam hejnał jest kompozycją opartą o „Marsyliankę” i „Marsz Mokotowa”. Stworzył go profesor Zbigniew Bagiński z Akademii Muzycznej, a pomysłodawcą był Henryk Łagodzki, były żołnierz AK i powstaniec warszawski.






Margerytka


Wejdź na blog autorki: 
http://margerytkowo.blogspot.com/







piątek, 25 października 2013

Kibuc






       Kibuc - urzeczywistnienie utopii?        

     O kibucu pierwszy raz usłyszałam dobrych kilka lat temu. Może na początku moich studiów, kiedy dowiedziałam się, że córka znajomych moich rodziców spędziła kilka miesięcy w Izraelu, właśnie w kibucu. Niewiele wiedziałam wtedy o Izraelu, a tym bardziej o kibucu i jego idei. Ale to dosyć tajemniczo brzmiące obce słowo nie dawało mi spokoju. Zaczęłam szperać w literaturze. Wyłaniał mi się obraz nie tyle idylliczny, co wręcz nierzeczywisty. Czy może istnieć struktura idealna, samowystarczalna i będąca spełnieniem marzeń o utopii? Nie znałam wtedy odpowiedzi na wiele pytań. Ale ta fascynacja była niezwykle pociągająca. To tak, jakby ktoś chciał poznać tajemniczy ląd, odkryć nieznane kontynenty i dotrzeć na koniec świata. Ten sam motyw kieruje, tak myślę, podróżnikami, którzy odkrywają nieznane miejsca. To był ten imperatyw, który spowodował, że wiele miesięcy swego życia spędziłam w kibucu. Czy to daje prawo do opisania otaczającej nas rzeczywistości? Nie wiem. Ale ktoś kiedyś napisał, że czasami krótki pobyt daje więcej spostrzeżeń niż wieloletnie bytowanie. Załóżmy, że to prawda.



        Pomarańcze, cytryny i ... odgłosy strzałów z karabinów

       Dokładnie trzy lata temu pierwszy raz stanęłam na ziemi Izraela. Było to 4 marca. Polskę opuszczałam otuloną śniegiem (spadł niespodziewanie w dniu mojego wyjazdu), a Izrael przywitał mnie ciepłą piękną pogodą, cytrynami na drzewach i wodą morską, w której można było zamoczyć nogi. Kiedy dotarłam do kibuca poczułam się jak na wakacjach. Piękne niebieskie niebo, białe domki przypominające wakacyjne bungalowy i porozstawiane skrzynki z pomarańczami i cytrynami. Każdy mógł sięgać po nie i brać do woli. Jedyna różnica polegała na tym, że w takich pięknych miejscach raczej nie słychać latających co jakiś czas nad głową samolotów odrzutowych. Patrolujące niebo samoloty wyróżniały to miejsce od innych. No i nikt w pierwszych chwilach w nowym miejscu raczej nie uczy cię gdzie się chować przed rakietami, albo jak reagować na widok żołnierzy czy strzałów karabinowych. Ale to jest  wyznacznikiem tego miejsca i współcześnie i historycznie. To miejsce konfliktów i wojen prowadzionych już od lat.



Święta w kibucu odbywają się na dworze. Na zdjęciu jestem ja oraz wolontariusze z Niemiec, Korei i Ekwadoru.



      Świat, w którym nie ma pieniędzy


      Pierwsze wrażenia. Supermarket. Taki jak wszędzie na świecie. Różnica, iż nie musisz płacić pieniędzmi. Możesz, ale nie musisz, jeżeli jesteś mieszkańcem kibucu. To co kupisz odliczają ci później z pieniędzy, które zarabiasz. Wygoda, ale i pułapka. Musisz pamiętać ile wydałeś bo łatwo się przeliczyć. Stołówka obsługująca wszystkich mieszkańców (oczywiście tylko tych, którzy chcą tego, bo można obecnie gotować sobie samemu w domu) taka jak nowoczesne jadłodajnie w kampusach uniwersyteckich. Lada, tace, osoby z obsługi, które podają to co sobie wybierzesz i kasa, która ci nalicza opłatę podobnie jak supermarkecie. Miejsce, które jak się później okaże jest też miejscem na wspólne uroczystości prywatne i wspólnotowe, to jest organizowane przez kibuc dla wszystkich z okazji świąt lub innych oficjalnych uroczystości. Inne przybytki to przedszkole, szkoła, mała klinika lekarska, pralnia, pub, fabryka produkująca części do samochodów wojskowych i wiele wiele hektarów pól uprawne z budynkami gospodarczymi dookoła. Aha, i co ważne: basen, korty tenisowe, siłownia, boiska do koszykówki i piłki nożnej. Jest też poczta. Poczta to tak naprawdę jedna osoba, ale wszystko u niej można załatwić na tej samej zasadzie co w supermarkecie i stołówce. No i to co wyróżnia to miejsce od innych podobnych mu - bunkier, a raczej jak się później dowiem liczne bunkry. Wszystkie te przybytki obsługują około 400 osób.
       Mam wrażenie, że jestem w państwie doskonałym, samo obsługującym się i samo wystarczalnym. Praca rozpoczyna się o 8:00 rano, później o 12:00 godzinna przerwa na lunch i kończy się o 16:00. W odróżnieniu od Polski, w pracy są liczne przerwy na kawę lub papierosa. Ale też rytm jest elastyczny i uzależniony od wykonywanej roboty. Przy uprawach w polu często do późnych godzin nocnych lub nawet w nocy przy reflektorach. Czasami widzę zmęczonych traktorzystów i kombajnistów wracających do domu rankiem zwłaszcza gdy zaczynają się upały i w dzień jest po prostu za gorąco, żeby pracować.



Typowy domek w kibucu



       Kiedyś była tu pustynia...

     Kibuc ma kształt owalny. Otoczony jest podwójnym płotem z drutem kolczastym z zabronowanym pasem pomiedzy, a wjeżdża się do niego przez bramę na noc zamykaną. Skądinąd każdy może ją sobie otworzyć, trzeba tylko znać kod. To wszystko ze względów bezpieczeństwa. Wewnątrz są alejki asfaltowe, dużo drzew i krzewów, jest dużo zieleni i kwiatów, piękne w stylu angielskim trawniki. Domki, które wyglądają jak wakacyjne bungalowy, są większe i mniejsze. Większe dla większych rodzin, mniejsze dla mniejszych lub osób samotnych. Wszystkie generalnie bardzo skromne w porównaniu do chociażby polskich. Z różnych przyczyn to wynika. Generalnie z klimatycznych, kulturowych i pragmatycznych. Klimatycznych bo nie muszą mieć grubych murów, nie muszą być odporne na niskie temperatury, kulturowych bo wszystkie w tym rejonie świata generalnie są białe (biel odbija światło słoneczne), proste w kształcie, przypominające pudełka, najczęściej parterowe i bez żadnych zbędnych ozdób. Co najwyżej mają okiennice na zewnątrz. Pragmatycznie budowane bo wszyscy nauczyli się tutaj cenić pracę, a nie przedmioty. To wszystko co nas dzisiaj otacza powstało ciężką pracą. Przed powstaniem kibuca była tutaj pustynia. Nic nie rosło, co najwyżej okazjonalnie raz do roku pojawiało się trochę zieleni w porze mokrej, która po nastaniu lata zaraz znikała. Więc trzeba było wykopać studnie (dzisiaj wodę przesyła się rurociągami), nawodnić teren i uczynić tą ziemię przyjazną człowiekowi. Więc otoczenie stało się ważniejsze od miejsca zamieszkania. Dzisiaj kibuc otoczony jest gajami pomarańczowymi, cytrynowymi, polami, na których uprawia się orzeszki ziemne, ziemniaki, pomidory i co tylko ziemia urodzi. Co starsi mieszkańcy pamiętają, iż na początku mieszkali w namiotach. Więc komfort ścian, klimatyzacji, bieżącej wody, kanalizacji, telefonu, dzisiaj i internetu oraz TV satelitarnej jest ważniejszy niż wysokie i drogie domy. Jest to bardzo praktyczne podejście do życia. No i idea, która była na początku... Na początku wszystko było wspólne, w sensie dosłownym. Więc wyróżnianie się nie leżało w naturze kibucnika. Wszyscy mieli takie same, niczym nie różniące się domy. Wszyscy byli podobnie ubrani, w proste, luźne ubrania, które nie odróżniały kobiety od mężczyzny. Dzisiaj oczywiście wszystko się zmieniło lub powoli się zmienia, ale takie były prapoczątki.



Pralnia



      Czy wiesz jak rosną orzeszki ziemne?

     Kibuc, w którym mieszkam ma zaledwie 64 lata. Wielu dzisiejszych mieszkańców go budowało. Wielu przyjechało tu z rodzicami, a i wielu już tu się urodziło. Pani Adva, jedna z mieszkanek, pochodzi z Francji. Pracuje ze mną w pralni, wygląda na 100 lat, pewnie ma 80 parę. Często prosi mnie o nawleczenie nitki na igłę. Przyjechała tu jako młoda dziewczyna w 1953 roku. Elegancka, modnie ubrana zgodnie z paryskim szykiem. W walizce perfumy i bielizna pościelowa z wyhaftowanymi przez jej mamę inicjałami. Na miejscu po przyjeździe wszystko musiała oddać. Bo pierwsi kibucnicy  nie mieli nic własnego. Wszyscy zgodnie z ideą mieli być równi, a przez to wolni i mieli tworzyć nowy wspaniały świat. Paryskie mieszkanie rodziców zamieniła na namiot stojący na pustyni. W jednym z nielicznych, ówcześnie drewnianym budynku, stołówce poznała swego przyszłego męża, który kręcił nosem nad unoszącym się jeszcze zapachem jej perfum. Tu one niczemu i nikomu nie służyły. Tu był za to trud, pot i niewygody. Praca przy prostych rolniczych narzędziach, tyle że przez wiele miesięcy pod męczącymi promieniami słońca. Dzisiaj w uprawach pomagają Tajowie, którzy przyjeżdżają tutaj do pracy z odległej Tajlandii. Mieszkają oni w swoich domach poza kibucem.
Kiedyś praca była naprawdę ciężka, nie to co dzisiaj - powiada niewiele starszy ode mnie sąsiad, mieszkaniec kibuca, traktorzysta i kombajnista, który pracuje równie ciężko ale w klimatyzowanej kabinie z muzyką grającą z radia.  Dodaje, że najważniejsza jest organizacja pracy. Uprawy przygotowuje się tak. Najważniejsza jest ziemia. Kiedyś sadziło się, zbierało plony a potem trzeba było pole zostawić by ziemia się odrodziła. A teraz nasz kibuc połączył się z dwoma innymi i mamy ogromne pola. Na jednych polach zbiera się plony, na drugich sadzi. A więc zbiory są przez cały rok. No i oczywiście wszystko jest zmechanizowane.
Mój szef z kibucowej stołówki, przyjechał tu w 1988 roku również z Francji, z Paryża, z ciekawości jak mówi, na chwilę. Był profesjonalnym tancerzem, tańczył modern jazz. Przyjechał w styczniu a od września miał być w już Nowym Jorku, gdzie dostał stypendium do szkoły tańca. Został tu na stałe. Pracuje w kuchni, która obsługuje stołówkę. Jest jej szefem. Wiesz jak rosną orzeszki ziemne? – zapytał mnie kiedyś. Jak przyjechałem tu, to myślałem, że rosną na drzewach – odpowiedział za mnie. Do Francji już nie tęskni, bo tu jest jego dom. Tylko jedna z córek mówi po francusku. W czasie przerwy na kawę opowiada mi, trochę refleksyjnie, że kibuc się zmienia. Jeszcze 8 lat temu był w dawnym typie. Wszystko w stołówce i w sklepie, w pralni i pubie było za darmo. Śniadania, obiady i kolacje codziennie. Każdy mógł przyjść i brać co sobie chce. Ale jak za darmo to ludzie zamiast 3 kg ziemniaków na obiad, brali 20 kg i życie wymusiło zmiany. Kiedyś za elektryczność płacił za wszystkich kibuc i ludzie nie oszczędzali, więc teraz przyjęto inne rozwiązanie (kryzys dotyka wszystkich i wszędzie). Kwotę pieniędzy przeznaczoną na ten cel dzieli się na wszystkich kibucników i wychodzi po 300 szekli (około 330 zł) miesięcznie na rodzinę. Więc jak ktoś oszczędza to wyda 200, a 100 zostaje mu w kieszeni. A jak nie oszczędza to musi dopłacić z własnej kieszeni. Tylko woda jest dla wszystkich za darmo. I to jedna z ostatnich pozostałości po dawnych czasach. Mając jeszcze świeże spojrzenie mówi, że kibuc jako miejsce gdzie wszyscy są równi, oferuje tę równość dzisiaj tylko na podstawowym poziomie. Wielu ma rodziny poza kibucem więc zdarzają się spadki, dziedziczenia, darowizny, dodatkowe pieniądze z najmu domów i mieszkań poza kibucem czego efektem jest to, że są biedniejsi i bogatsi, i złamana została zasada równości. Ludzie zaczynają gadać za plecami i zazdroszczą sobie wzajem, czemu ten ma taki samochód, a ten nie ma itd.



Stołówka



        Lepsza organizacja wymaga zmian

     Można tu dodać, iż po raz pierwszy  zasadę równości wspólnoty kibucowej złamały pieniądze jakie otrzymali kibucnicy z reparacji wojennych i odszkodowań za straty i krzywdy wyrządzone przez Niemców Żydom podczas II wojny światowej. Do tego doszły emerytury i renty wypłacane przez państwo niemieckie. W kibucach stosowano różne sposoby  zagospodarowywania tych pieniędzy. Decydowała o tym wspólnota. W niektórych pieniądze  trafiały do wspólnej kasy i były wydawane na wspólne potrzeby. W innych trafiały na osobiste konta i podlegały dziedziczeniu. Bywały i takie sytuacje, iż ludzie rezygnowali ze wspólnoty nie chcąc poddać się decyzji większości i chcąc zachować te pieniądze dla siebie i swoich najbliższych. W moim kibucu za pieniądze z odszkodowań niemieckich wybudowano basen i pozostałe urządzenia sportowe.
Innym przykładem tych zmian jest stołówka, w której pracuję. Od kiedy pojawił się nowy szef, zaczęto organizowac przyjęcia, wesela i catering dla pracowników różnych firm i deficytowe wcześniej przedsięwzięcie, do którego kibuc dopłacał rocznie ponad 300 tysięcy szekli stało się dochodowe i osiąga zysk na poziomie 80 tysięcy. Jest lepsza organizacja pracy, pracownicy lepiej zarabiają, sala jest wynajmowana na prywatne potrzeby, sprzedają swe usługi na zewnątrz i kupują produkty tam gdzie taniej (nasz kibuc słynie z uprawy ziemniaków, ale ziemniaki kupują gdzie indziej bo są tańsze). Efektem tych zmian jest posiadanie przez stołówkę samochodu. To nowość od kilku lat. Kiedyś wszystkie samochody należały tylko do kibuca. Tu trzeba koniecznie dodać, że kibuc nadal posiada własne samochody, które członek kibuca może sobie wynająć za drobną opłatą. Chcąc wynająć po prostu trzeba zapisać się na listę podając termin, w którym chciałoby się z niego skorzystać. Ale  niektórzy posiadają już własne.



       Ale... czym właściwie jest "kibuc"?

Historycznie rzecz biorąc kibuce to gospodarstwa rolne, w których ziemia i środki produkcji były własnością wszystkich członków. Wywodzą się one z żydowskiego ruchu syjonistycznego i socjalistycznego, którego celem było stworzenie nowego człowieka poprzez ciężką pracę na roli i obronę wspólnoty. Pierwsze powstały na początku XX wieku utworzone przez emigrantów z Europy. Wybierano komitet, równo dzielono obowiązki i prawa, ale najważniejsze, że przynależność do kibuca była i jest dobrowolna. I dzisiaj mieszka w nim wielu, którzy nie są jego członkami.
Znamieniem czasu jest odstąpienie od wspólnego wychowywania dzieci. Kiedyś wszystkie dzieci w kibucu wychowywały się razem. Były separowane od rodziców i przebywały od dzieciństwa oddzielnie. Pod okiem wychowawców się bawiły i uczyły, aż gotowe były do podjęcia pracy. Ten czas już minął. Noa, moja starsza znajoma, wspomina ze smutkiem, że najgorszy okres w kibucu miała kiedy oddała dzieci i wychowywały się bez niej, poza domem. To było nie do wyobrażenia – mówi mi dzisiaj. Teraz już bym tak nie zrobiła. Nigdy  nie mogę sobie tego wybaczyć – dodaje.
Dzisiaj dzieci wychowywane są w domach z rodzicami. Oczywiście, ci którzy pracują mogę korzystać z przedszkoli na podobnych zasadach jak w Polsce. Do szkół chodzi się w kibucu lub dojeżdża do innego w zależności od rodzaju szkoły. Dowożą autobusy. Dzieci zaś od małego uczone są szacunku do pracy. Każdą wolną chwilę poświęcają na pracę albo dla swojej rodziny albo na rzecz kibucu wykonując różne drobne użyteczne prace.



        Na czym zarabiać może kibuc?

     Z informacji, które zbieram od znajomych lub znajduję w tutejszej prasie wynika, że kibuce się rzeczywiście zmieniają. Coraz więcej kibuców żyje, i to bardzo dobrze, z produkcji różnych współczesnych gadżetów lub sprzedaży różnych usług. Przykładem kibuc Beeri, w którym produkuje się karty płatnicze VISA i czeki bankowe. Inny jest słynny na całym  świecie z dobrej szkoły tańca. Przyjeżdżają do niej ludzie z całego świata zostawiając spore pieniądze.  Trzeba się zapisywać i czekać w kolejce na wolne miejsce. Kibuce wynajmują dla mieszczuchów domy na zasadzie: chcesz posmakować życia na wsi, przyjedź do nas. Jeszcze inne stały się dobrym miejscem do zamieszkania dla osób, które pracują w mieście. Jeżeli ktoś lubi ciszę, uporządkowaną egzystencję, bezpieczeństwo i bezpośredni kontakt z przyrodą to wybierze kibuc. Ale większe pieniądze to problemy dla takich małych społeczności. Bo po zaspokojeniu wszystkich potrzeb duchowych i fizycznych dalej pozostają pieniądze, które zaczynają dzielić ludzi bardziej niż cokolwiek innego. Trzeba sobie z tym radzić. Funduje się więc różne stypendia, przyznaje różne dodatki ale i tak pojawiają się pytania o sprawiedliwy podział. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.



       Współczesna alternatywa

A więc każdy znajdzie coś dla siebie. Wydaje się, że mimo wszystkich problemów współczesnego świata i kryzysów, idea kibuca żyje i ma się dobrze. Jak mówi najbardziej znany na świecie pisarz izraelski Amos Oz w rozmowie dla polskiego radia TOK FM: „(…) w kibucach mieszka dzisiaj więcej osób niż kiedykolwiek wcześniej”. I dalej: „Kiedy rozglądam się wokół - czy to w Tel-Awiwie, czy w Warszawie - widzę, że zbyt wielu ludzi pracuje ciężej niż powinni. Robią to, żeby zarobić więcej niż rzeczywiście potrzebują, kupić rzeczy, których nie potrzebują, aby zaimponować ludziom, których właściwie nie lubią. Nie ma się co dziwić, że niektórzy szukają alternatywy”.
A co z uproszczeniami, zwłaszcza w Polsce, dotyczącymi kibuców, iż przypominają sowieckie kołchozy? W odróżnieniu od sowieckiej ideologii, która stworzyła kołchozy i przy ich tworzeniu zastosowała przymus i terror, wybór życia w kibucu był zawsze wyrazem wolnej woli człowieka. A więc nie przymus tylko ludzka wola. I ona zwyciężyła powodując, że kibuce (wprawdzie zmienione) ale dalej funkcjonują znajdując swoje miejsce na mapie współczesnego Izraela i świata. I jeżeli nawet stoją na rozdrożu, to jest to takie miejsce „po środku”, między tym co było kiedyś, a tym co jest dzisiaj i będzie jutro, między wspólnotą a kapitalizmem. Doświadczenie nie podobne do żadnego innego na świecie.







Maria Radek




Odwiedź blog autorki!








poniedziałek, 7 października 2013

Ciasna kitka kontra swobodne upięcie





      Dajmy włosom wolność, a odwdzięczą się spontanicznym szykiem!

    Zauważyłam to stojąc na światłach w korku rowerowym – takie zdarzają się w centrum Amsterdamu częściej niż samochodowe. Co sprawia, że Holenderki mają taki look? Włosy! A raczej to, jak się z nimi obchodzą. Zamiast zaczesywać, przylizywać, spinać, dyscyplinować spinkami i wsuwkami, raz, dwa : luźne upięcie, najlepiej zwykłą klamrą. Tu trochę opada, tam fantazyjnie odstaje, tu jakiś kosmyk, tam jakieś pasmo i… efekt imponujący. Mówiąc wprost przylizana kitka wygląda nazbyt grzecznie, a przede wszystkim brakuje jej pewności siebie. Luźne upięcie zaś idzie przebojem! A i grzywą można czasem zarzucić i dodać sobie animuszu. Polecam!










Przed wizytą w Amsterdamie…

...i po! ;)))




Marta LePiano 









czwartek, 19 września 2013

Spacerem po Barcelonie




PARK GUELL


      
    Słyszysz: Barcelona. Myślisz od razu: Sagrada Familia, Park Guell, Gaudi. Bez wątpienia dzieła tego znakomitego architekta wyraźnie zaznaczyły się w krajobrazie Barcelony i stały symbolem  miasta. I choć kunsztu i oryginalności nie można Gaudiemu odmówić, warto też pamiętać, że ulice katalońskiej stolicy kryją mnóstwo architektonicznych perełek. Najlepiej odkrywać je na piechotę.



     Barcelona jest obecnie bardzo popularnym kierunkiem wakacyjnych wypraw. Każdego lata odwiedzają ją tłumy turystów. Możliwości zorganizowania takiej podróż  jest bez liku.  Każda ulica to oddzielna historia i zupełnie nowa inspiracja. Od bardzo dawna moim marzeniem była letnia wycieczka po Barcelonie. W te wakacje udało mi się   to marzenie spełnić. Zapraszam więc  na przechadzkę  po katalońskiej stolicy…


      Nasz spacer zaczynamy od Palau de la Musica Catalana zaprojektowanego przez  Domenecha i Montanera. Pałac znajduje się zaledwie 500 metrów od Placu de Catalunya i słynnego deptaku La Rambla. Bogactwo zdobień, kolorowe mozaiki oraz rzeźby niemal jak żywe, nie pozwalają oderwać wzroku od intensywnie czerwonej fasady. Stąd kierujemy się na północ, do dzielnicy Eixample. Jej rozwój przypadł na drugą połowę XIX i początek XX wieku, dzięki czemu niemal na każdym kroku napotykamy urzekające modernistyczne kamienice. Choć układ ulic w Eixample jest bardzo przejrzysty (wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym, a zabudowania posiadają charakterystyczne ścięte rogi na skrzyżowaniach), czuję się trochę jak w labiryncie. Zmierzamy ostatecznie w kierunku Passeig de Gracia.



Fasada PALAU DE LA MUSICA CATALANA



      Wzdłuż tej szerokiej alei gęsto rozmieszczone są ekskluzywne butiki. Raj dla zakupoholiczek. Roi się tu również od turystów. Nic dziwnego, to właśnie przy tej ulicy znajdują się najsłynniejsze kamienice Gaudiego. Podziwiając mieniącą się w słońcu Casa Batllo oraz miękkie, falujące linie jej fasady, mój wzrok nagle przyciągają geometryczne, schodkowe kształty sąsiedniego budynku. To Casa Amatller autorstwa Josepa Puiga i Cadafalcha. Wraz ze znajdującą się na rogu Casa Lleo Morera, wszystkie trzy budynki tworzą tak zwaną Illa de la Discordia, czyli "Kwartał Niezgody". Trzy niezwykłe domy, autorstwa  najznakomitszych architektów tego okresu, są kompletnie od siebie różne. Parę przecznic dalej znajduje się Casa Mila zwana również La Pedrera. Wspaniałe dzieło Gaudiego o zaokrąglonych kątach, z niebywałymi secesyjnymi balkonami. Mogłabym podziwiać tę budowlę jeszcze długo, ale w planie przed nami symbol Barcelony.



CASA MILA



     Spacerując wzdłuż ruchliwej Avenida Diagonal mijamy kolejne perełki architektoniczne. W końcu naszym oczom ukazują się charakterystyczne wieże. Zza rogu wyłania się dzieło życia Gaudiego, Sagrada Familia. Niezwykłość, strzelistość i ogrom budowli wprawia  w osłupienie. Nawet żurawie budowlane nie są w stanie umniejszyć jej piękna. Tak właściwie to nawet nieźle wpisują się w sylwetkę tej wiecznie nieukończonej katedry.



SAGRADA FAMILIA



    Po dłuższym przystanku postanawiamy, że dalej przemieścimy się metrem. Stąd do Parku Guell jeszcze spory kawałek. Planowanie niestety nie jest naszą mocną stroną i okazuje się, że od stacji metra do samego parku dzieli nas jeszcze niemały dystans, a do tego droga prowadzi stromo pod górę. W skwarze hiszpańskiego słońca, wymęczeni ostrym podejściem docieramy do tylnego wejścia do parku. Główne atrakcje znajdują się znacznie niżej, jednak stąd rozpościera się piękny widok na całe miasto. Ach… warto było się wspinać! Im niżej schodzimy tym tłum się zagęszcza. Wiadukty i arkady zdobywają nasze uznanie i są znakomitym tłem dla zdjęć. Mój apetyt na estetyczne wrażenia się zaostrza, ale gdy docieramy w końcu do słynnego tarasu z mozaikową ławką i Sali Kolumnowej czuję się jak w ulu. Mozaikową salamandrę - symbol parku prawie przeoczyłam. Oblegana ze wszystkich stron figura jest ulubionym obiektem do fotografowania. Przeciskamy się po schodach do głównej bramy. Uff… to ja już chyba wolę spokojny spacer ulicami Eixample.



PARK GUELL  od wejścia



Fregment akrad w PARK GUELL



CASA ANTNNIA



SALA KOLUMNOWA 





Justyna Kurek








wtorek, 27 sierpnia 2013

Laponia w sierpniu, czyli letnia wizyta u Świętego Mikołaja








     Przez długi czas zastanawiałam się, czy aby dobrze robię.  Laponia w sierpniu? Wizyta u Świętego Mikołaja latem? Brzmiało to dość niedorzecznie. Ponadto… wakacje w miejscu gdzie będzie mi zimno?  Poza tym przyznaję, że należę do mieszczuchów, więc całość brzmiała dla mnie   trochę   zniechęcająco.  

  

     Gdyby nie fakt, że na podróż po Laponii zaprosiła mnie rodowita Finka, sama nigdy bym się  nie zdecydowała. Życiowe przygody mają jednak to do siebie, że szansa na nie pojawia się nie więcej niż raz. Trzeba więc wykazać się refleksem. Wiem o tym dobrze,  więc bez dłuższego zastanawiania, spakowałam walizkę. Kilka grubszych swetrów. Jesienna kurtka. Płaszcz przeciwdeszczowy i niezbędne gumowce. Oraz dużo, naprawdę bardzo dużo środków na komary.



Biało – metalowe noce w Oulu


      Z moją fińską przyjaciółką Maiją, spotkałyśmy się w  Oulu, jej rodzinnej miejscowości. Oulu to miasto  w środkowej Finlandii. To na północ od niego rozpoczynał się  cel naszej podróży – kraina wiecznego zimna, czyli  Laponia. W centrum Oulu – przyjemnego i spokojnego miasteczka  wita pomnik potężnego policjanta. To właśnie obok niego spotkaliśmy się z resztą naszej fińskiej ekipy.  W Oulu spędziliśmy cały weekend, przejeżdżając je  wzdłuż i wszerz rowerami.  Wiedząc, że jest to pierwsze i ostatnie większe miasto  na trasie, starałam się korzystać z niego jak tylko mogłam. Przy centrum jest  wielki, typowo fiński targ, z którego nie można mnie było wyciągnąć. Na szczęście czasu na wszystko było wiele, ponieważ latem dzień w Finlandii jest bardzo długi. Blada noc przychodzi jedynie na kilka godzin. W czerwcu w ogóle nie zapada. Każdej nocy nasz cel był jeden – metalowe imprezy, z których Finlandia słynie.  Właściwie każdą wieczorną godzinę spędzaliśmy w innym klubie. Oulu nie jest duże, ale ilość tamtejszych nocnych klubów jest naprawdę zdumiewająca! Jednak przy każdej wizycie jeszcze bardziej zaskakiwał mnie fakt, jaką ilość alkoholu potrafi wprowadzić do organizmu przeciętny Fin. Za każdym razem, do momentu  nieprzytomności. No cóż… Co kraj to obyczaj. Jednak  w porównaniu do tego co dzieje się w Finlandii, polski problem z alkoholem wydaje się być żaden.






Rovaniemi i sierpniowa wizyta u Świętego Mikołaja


     Przyczepa, w której mieliśmy spędzić niecały  tydzień, nie była pokaźnych rozmiarów. Jednak było w niej wszystko czego potrzeba. Finowie są rzeczywiście doskonale zorganizowani i niesamowicie praktycznie podchodzą do życia.

      Pierwszym punktem wyprawy było Rovaniemi, czyli fińska stolica prowincji Laponia. Miasto nie jest duże. W centrum kilka sklepów, nieliczne kawiarenki, ale przede wszystkim wielki pomnik zespołu  Lordi oraz manekiny przedstawiające każdego z jego członków. Po moim przyśpieszonym kursie muzyki metalowej w Oulu, już dobrze wiedziałam, dlaczego koniecznie muszę zrobić sobie przy pomniku zdjęcie.

     W  markecie  na obrzeżach Rovaniemi zrobiliśmy większe zakupy wiedząc, że później może być coraz trudniej o wygodę jaką jest sklep. Im bliżej północy ceny mogą być też coraz wyższe, nie wspominając już o szoku cenowym na terenie Norwegii.

    Pierwszy nocleg – plaża przy jeziorze  na obrzeżach miasta. Całkowita cisza. Spokój jakbyśmy  w  Finlandii byli zupełnie sami. Letnia, skandynawska noc, która  za nic nie chciała zapadać oraz… tysiące, miliony  żądnych krwi komarów!




     Kolejnym przystankiem była wyczekiwana przez wszystkich wizyta u Świętego Mikołaja nieopodal Rovaniemi. Mimo, że był sierpień, a wioska jest dość skomercjalizowana  i tak wszyscy czuli się szczególnie. Tak jakby każdy  przeniósł się na chwilę  do swoich marzeń z dzieciństwa. Co prawda wejście na wizytę do  Świętego jest zupełnie bezpłatne, ale za wszystko inne trzeba słono płacić. Całość wioski jest sprytnie zorganizowana tak, żeby koniecznie coś kupić. My zdecydowaliśmy się tylko na jedno, grupowe  zdjęcie.

   
      Przed wejściem na wizytę, trzeba było odczekać swoje, bo nawet w sierpniu odwiedzających jest wielu. Czeka się więc w specjalnie przygotowanym miejscu. Wszystko jest tam zaciemnione, jakby odcięte od rzeczywistości. Na środku tyka mechanizm największego zegara jaki w życiu widziałam –  to zegar odmierzający czas dla całego świata.

   Wielki Mikołaj siedział na jeszcze większym krześle. Siedział statycznie, w ciężkim biało – czerwonym ubraniu. Miał długą, białą ze starości brodę. Wyglądał jak opoka dla całego świata. Kiedy grubym, niskim głosem spytał  mnie, czy byłam grzeczna – wiedziałam już na pewno – on  jest prawdziwy!







Szwedzka Ikea i koło podbiegunowe


     Dalej ruszyliśmy na zachód. Po przekroczeniu koła podbiegunowego przy okazji wizyty  u Świętego Mikołaja, chcieliśmy przekroczyć je raz jeszcze na terenie Szwecji. Pomimo, że był sierpień, robiło się  naprawdę chłodno. Jak znalazł przydały się swetry, czasem nawet kurtki. Jechaliśmy drogami, które przecinały niekończące się nigdzie lasy. Trzeba tylko uważać na renifery! Te prócz kierowców  pod wpływem sporych dawek alkoholu, są  częstym powodem wypadków. Co robi się z tak też zabitym reniferem? Ponieważ w przyrodzie nic nie powinno się zmarnować, takie zwierzę po prostu się zjada.




      Po drodze nigdzie nam się nie śpieszyło, więc robiliśmy przystanki tam gdzie chcieliśmy. Ich głównym celem były leśne owoce, w szczególności skandynawski letni rarytas, czyli białe maliny.




     Na obiady wybieraliśmy miejsca, gdzie można bezpiecznie rozpalać ogniska. Co jedliśmy? Ponieważ wielu Finów jest wegetarianami, były to przeważnie grillowane na prowizorycznym grillu warzywa. Papryka, cukinia i grzyby. Do tego chleb i czasami kurczak. Oraz wielkie  ilości  ryb, w szczególności łososia. Do każdego posiłku rzecz jasna mleko, bez którego żaden Fin nie wyobraża sobie dnia. Obowiązkowa była też kawa, która jest również typowo fińskim uzależnieniem.






    Czy kiedykolwiek słyszeliście o czymś takim jak salmiakki? Jeśli  ktoś was tym poczęstuje, nie bądźcie zbyt odważni w testowaniu. Salmiaki jest rodzajem fińskich cukierków. Są czarne, malutkie i zupełnie niepozorne. Jeszcze teraz na ich wspomnienie robi mi się słabo. Finowie  je uwielbiają. A ja wciąż nie mogę uwierzyć jak można jeść coś słodko–słonego?!


     Mimo, że północna część Skandynawii nie oferuje żadnych komercyjnych rozrywek, w towarzystwie Finów nie można się nudzić. Rano, choćby wiało i padało, zawsze około dwudziestominutowy bieg. Wieczorem konieczny spacer przed snem. I… do czego nie mogłam się ostatecznie przełamać – konieczne pływanie w każdym (!!!) napotkanym jeziorze. Dzięki tak zdrowemu systemowi życia,  typowy Fin rzadko kiedy choruje i nigdy nie jest przeziębiony. Mojej przyjaciółki Maiji nigdy nie widziałam też ospałej czy zmęczonej. „Nie masz już  siły – wskocz do zimnego jeziora! To takie orzeźwiające!”.


    Nie wiem kiedy znaleźliśmy się w Szwecji, bo jej granica była zupełnie niewidoczna. Po drodze minęliśmy kilka oznak cywilizacji w postaci małych, uroczo wyglądających miasteczek.

    Co prawda nikt tego nie planował, ale będąc w Szwecji trudno nie trafić do Ikei. Kiedy zobaczyliśmy jej znaczek w głowie każdego pojawiła się ta sama  myśl –  lody i kawa! Krótka wizyta i znów byliśmy  w przyczepie. Cel następny był już  blisko – szwedzkie  koło podbiegunowe.




66  32


         
    Kiedy przekracza się grubą linię z napisem 66  32, rzeczywiście - człowiek czuje się jak w innym świecie. Był sierpień, ale im bardziej na północ, tym bardziej robiło się zimno. A wyprawa jeszcze przecież nieskończona.  Koło podbiegunowe w Szwecji przekroczyliśmy w miejscowości Jokkmokk.  Celem wieńczącym naszą podróż, była norweska miejscowość Narvik. Im bliżej Narviku tym bledsze były również noce. Zupełnie zmieniał się też krajobraz, który zaczął wyglądać  jak z księżyca. Coraz mniej drzew. Pełno skał i rosnące pomiędzy nimi krzewy, krzewy i raz jeszcze krzewy.




     Kiedy noce prawie zupełnie zanikły, zaczęło się robić trochę nieswojo. Wtedy też usłyszałam o zjawisku zwanym „lapońską gorączką”. Nadmiar słońca latem i jego zupełny brak zimą, podobno wywołuje u Skandynawów mieszkających na samej północy znaczne wahania nastrojów. Od depresji po ekscytacje, co w życiu codziennym jest trudne do zniesienia. Po doświadczeniu białych nocy, potrafię to trochę zrozumieć. Spanie przy  dziennym świetlne, jest   naprawdę irytujące.

     Spać się więc  nie chciało. A taka atmosfera jak zawsze,  prowokuje  opowiadanie licznych niestworzonych historii. Po wysłuchaniu wszystkich opowieści moich fińskich kompanów, zrozumiałam już dlaczego to właśnie Skandynawowie są mistrzami w pisaniu kryminałów…




Narvik i kąpiel w Morzu Norweskim


    Ostatnim przystankiem był Narvik. Tu dochodził kres naszej podróży i początek długiej drogi powrotnej. Narvik to typowe norweskie miasteczko na północy. Przeszliśmy  się po jego centrum i udaliśmy się do portu na kawę, ale tym razem produkcji własnej. Nawet i dla Finów, norweskie ceny są całkowicie zaporowe.


     Przyznać trzeba, że kiedy dotarliśmy do Narviku nawet i niezniszczalna Maija była już zmęczona. Znużenie podróżą i pragnienie spędzenia nocy w zwykłym łóżku śniło się każdemu. Kiedy dotarliśmy do najbardziej północnego punktu  naszej podróży, nie wierzyłam w to co się stało. Niestety, muszę stwierdzić  z przykrością, że byłam jedyną osobą z naszej ekipy, która nie wykąpała się  w Norweskim Morzu. Powiem więcej, nie byłam w stanie nawet ściągnąć swojej kurtki. Nie mogę jednak stwierdzić, że żałuję, bo na samo wspomnienie kąpiących się Finów w przeraźliwie zimnym morzu, do teraz przechodzi mnie  wielka, mrożąca krew w żyłach ciarka. Na szczęście potrzebna była jedna osoba, która ten wyczyn uwieczniała na zdjęciach.

  


    Co działo się dalej? Długa i przepiękna droga powrotna do Finlandii. A  tam tak wyczekiwana przez moich kompanów sauna. Bo sauna, podobnie jak kąpiel w mroźnej wodzie, dobra jest na wszystko! Pobyt w tradycyjnej saunie z samymi Finami, był kolejnym fascynującym wyzwaniem. Po całej  podróży mogę stwierdzić jedno -  Finowie są nie do zdarcia! Sekret ich fenomenalnej kondycji jest prosty: zdrowe jedzenie, duża dawka systematycznej fizycznej aktywności, a przy tym kąpiele w zimnej wodzie z wizytami w saunie na przemian. 

     A jak było w saunie z Finami? O tym… będzie już zimą!




Dorota Kamińska