...czyli niezbędny dodatek do kolorowych, pachnących i pysznych wypraw.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2013

Kibuc






       Kibuc - urzeczywistnienie utopii?        

     O kibucu pierwszy raz usłyszałam dobrych kilka lat temu. Może na początku moich studiów, kiedy dowiedziałam się, że córka znajomych moich rodziców spędziła kilka miesięcy w Izraelu, właśnie w kibucu. Niewiele wiedziałam wtedy o Izraelu, a tym bardziej o kibucu i jego idei. Ale to dosyć tajemniczo brzmiące obce słowo nie dawało mi spokoju. Zaczęłam szperać w literaturze. Wyłaniał mi się obraz nie tyle idylliczny, co wręcz nierzeczywisty. Czy może istnieć struktura idealna, samowystarczalna i będąca spełnieniem marzeń o utopii? Nie znałam wtedy odpowiedzi na wiele pytań. Ale ta fascynacja była niezwykle pociągająca. To tak, jakby ktoś chciał poznać tajemniczy ląd, odkryć nieznane kontynenty i dotrzeć na koniec świata. Ten sam motyw kieruje, tak myślę, podróżnikami, którzy odkrywają nieznane miejsca. To był ten imperatyw, który spowodował, że wiele miesięcy swego życia spędziłam w kibucu. Czy to daje prawo do opisania otaczającej nas rzeczywistości? Nie wiem. Ale ktoś kiedyś napisał, że czasami krótki pobyt daje więcej spostrzeżeń niż wieloletnie bytowanie. Załóżmy, że to prawda.



        Pomarańcze, cytryny i ... odgłosy strzałów z karabinów

       Dokładnie trzy lata temu pierwszy raz stanęłam na ziemi Izraela. Było to 4 marca. Polskę opuszczałam otuloną śniegiem (spadł niespodziewanie w dniu mojego wyjazdu), a Izrael przywitał mnie ciepłą piękną pogodą, cytrynami na drzewach i wodą morską, w której można było zamoczyć nogi. Kiedy dotarłam do kibuca poczułam się jak na wakacjach. Piękne niebieskie niebo, białe domki przypominające wakacyjne bungalowy i porozstawiane skrzynki z pomarańczami i cytrynami. Każdy mógł sięgać po nie i brać do woli. Jedyna różnica polegała na tym, że w takich pięknych miejscach raczej nie słychać latających co jakiś czas nad głową samolotów odrzutowych. Patrolujące niebo samoloty wyróżniały to miejsce od innych. No i nikt w pierwszych chwilach w nowym miejscu raczej nie uczy cię gdzie się chować przed rakietami, albo jak reagować na widok żołnierzy czy strzałów karabinowych. Ale to jest  wyznacznikiem tego miejsca i współcześnie i historycznie. To miejsce konfliktów i wojen prowadzionych już od lat.



Święta w kibucu odbywają się na dworze. Na zdjęciu jestem ja oraz wolontariusze z Niemiec, Korei i Ekwadoru.



      Świat, w którym nie ma pieniędzy


      Pierwsze wrażenia. Supermarket. Taki jak wszędzie na świecie. Różnica, iż nie musisz płacić pieniędzmi. Możesz, ale nie musisz, jeżeli jesteś mieszkańcem kibucu. To co kupisz odliczają ci później z pieniędzy, które zarabiasz. Wygoda, ale i pułapka. Musisz pamiętać ile wydałeś bo łatwo się przeliczyć. Stołówka obsługująca wszystkich mieszkańców (oczywiście tylko tych, którzy chcą tego, bo można obecnie gotować sobie samemu w domu) taka jak nowoczesne jadłodajnie w kampusach uniwersyteckich. Lada, tace, osoby z obsługi, które podają to co sobie wybierzesz i kasa, która ci nalicza opłatę podobnie jak supermarkecie. Miejsce, które jak się później okaże jest też miejscem na wspólne uroczystości prywatne i wspólnotowe, to jest organizowane przez kibuc dla wszystkich z okazji świąt lub innych oficjalnych uroczystości. Inne przybytki to przedszkole, szkoła, mała klinika lekarska, pralnia, pub, fabryka produkująca części do samochodów wojskowych i wiele wiele hektarów pól uprawne z budynkami gospodarczymi dookoła. Aha, i co ważne: basen, korty tenisowe, siłownia, boiska do koszykówki i piłki nożnej. Jest też poczta. Poczta to tak naprawdę jedna osoba, ale wszystko u niej można załatwić na tej samej zasadzie co w supermarkecie i stołówce. No i to co wyróżnia to miejsce od innych podobnych mu - bunkier, a raczej jak się później dowiem liczne bunkry. Wszystkie te przybytki obsługują około 400 osób.
       Mam wrażenie, że jestem w państwie doskonałym, samo obsługującym się i samo wystarczalnym. Praca rozpoczyna się o 8:00 rano, później o 12:00 godzinna przerwa na lunch i kończy się o 16:00. W odróżnieniu od Polski, w pracy są liczne przerwy na kawę lub papierosa. Ale też rytm jest elastyczny i uzależniony od wykonywanej roboty. Przy uprawach w polu często do późnych godzin nocnych lub nawet w nocy przy reflektorach. Czasami widzę zmęczonych traktorzystów i kombajnistów wracających do domu rankiem zwłaszcza gdy zaczynają się upały i w dzień jest po prostu za gorąco, żeby pracować.



Typowy domek w kibucu



       Kiedyś była tu pustynia...

     Kibuc ma kształt owalny. Otoczony jest podwójnym płotem z drutem kolczastym z zabronowanym pasem pomiedzy, a wjeżdża się do niego przez bramę na noc zamykaną. Skądinąd każdy może ją sobie otworzyć, trzeba tylko znać kod. To wszystko ze względów bezpieczeństwa. Wewnątrz są alejki asfaltowe, dużo drzew i krzewów, jest dużo zieleni i kwiatów, piękne w stylu angielskim trawniki. Domki, które wyglądają jak wakacyjne bungalowy, są większe i mniejsze. Większe dla większych rodzin, mniejsze dla mniejszych lub osób samotnych. Wszystkie generalnie bardzo skromne w porównaniu do chociażby polskich. Z różnych przyczyn to wynika. Generalnie z klimatycznych, kulturowych i pragmatycznych. Klimatycznych bo nie muszą mieć grubych murów, nie muszą być odporne na niskie temperatury, kulturowych bo wszystkie w tym rejonie świata generalnie są białe (biel odbija światło słoneczne), proste w kształcie, przypominające pudełka, najczęściej parterowe i bez żadnych zbędnych ozdób. Co najwyżej mają okiennice na zewnątrz. Pragmatycznie budowane bo wszyscy nauczyli się tutaj cenić pracę, a nie przedmioty. To wszystko co nas dzisiaj otacza powstało ciężką pracą. Przed powstaniem kibuca była tutaj pustynia. Nic nie rosło, co najwyżej okazjonalnie raz do roku pojawiało się trochę zieleni w porze mokrej, która po nastaniu lata zaraz znikała. Więc trzeba było wykopać studnie (dzisiaj wodę przesyła się rurociągami), nawodnić teren i uczynić tą ziemię przyjazną człowiekowi. Więc otoczenie stało się ważniejsze od miejsca zamieszkania. Dzisiaj kibuc otoczony jest gajami pomarańczowymi, cytrynowymi, polami, na których uprawia się orzeszki ziemne, ziemniaki, pomidory i co tylko ziemia urodzi. Co starsi mieszkańcy pamiętają, iż na początku mieszkali w namiotach. Więc komfort ścian, klimatyzacji, bieżącej wody, kanalizacji, telefonu, dzisiaj i internetu oraz TV satelitarnej jest ważniejszy niż wysokie i drogie domy. Jest to bardzo praktyczne podejście do życia. No i idea, która była na początku... Na początku wszystko było wspólne, w sensie dosłownym. Więc wyróżnianie się nie leżało w naturze kibucnika. Wszyscy mieli takie same, niczym nie różniące się domy. Wszyscy byli podobnie ubrani, w proste, luźne ubrania, które nie odróżniały kobiety od mężczyzny. Dzisiaj oczywiście wszystko się zmieniło lub powoli się zmienia, ale takie były prapoczątki.



Pralnia



      Czy wiesz jak rosną orzeszki ziemne?

     Kibuc, w którym mieszkam ma zaledwie 64 lata. Wielu dzisiejszych mieszkańców go budowało. Wielu przyjechało tu z rodzicami, a i wielu już tu się urodziło. Pani Adva, jedna z mieszkanek, pochodzi z Francji. Pracuje ze mną w pralni, wygląda na 100 lat, pewnie ma 80 parę. Często prosi mnie o nawleczenie nitki na igłę. Przyjechała tu jako młoda dziewczyna w 1953 roku. Elegancka, modnie ubrana zgodnie z paryskim szykiem. W walizce perfumy i bielizna pościelowa z wyhaftowanymi przez jej mamę inicjałami. Na miejscu po przyjeździe wszystko musiała oddać. Bo pierwsi kibucnicy  nie mieli nic własnego. Wszyscy zgodnie z ideą mieli być równi, a przez to wolni i mieli tworzyć nowy wspaniały świat. Paryskie mieszkanie rodziców zamieniła na namiot stojący na pustyni. W jednym z nielicznych, ówcześnie drewnianym budynku, stołówce poznała swego przyszłego męża, który kręcił nosem nad unoszącym się jeszcze zapachem jej perfum. Tu one niczemu i nikomu nie służyły. Tu był za to trud, pot i niewygody. Praca przy prostych rolniczych narzędziach, tyle że przez wiele miesięcy pod męczącymi promieniami słońca. Dzisiaj w uprawach pomagają Tajowie, którzy przyjeżdżają tutaj do pracy z odległej Tajlandii. Mieszkają oni w swoich domach poza kibucem.
Kiedyś praca była naprawdę ciężka, nie to co dzisiaj - powiada niewiele starszy ode mnie sąsiad, mieszkaniec kibuca, traktorzysta i kombajnista, który pracuje równie ciężko ale w klimatyzowanej kabinie z muzyką grającą z radia.  Dodaje, że najważniejsza jest organizacja pracy. Uprawy przygotowuje się tak. Najważniejsza jest ziemia. Kiedyś sadziło się, zbierało plony a potem trzeba było pole zostawić by ziemia się odrodziła. A teraz nasz kibuc połączył się z dwoma innymi i mamy ogromne pola. Na jednych polach zbiera się plony, na drugich sadzi. A więc zbiory są przez cały rok. No i oczywiście wszystko jest zmechanizowane.
Mój szef z kibucowej stołówki, przyjechał tu w 1988 roku również z Francji, z Paryża, z ciekawości jak mówi, na chwilę. Był profesjonalnym tancerzem, tańczył modern jazz. Przyjechał w styczniu a od września miał być w już Nowym Jorku, gdzie dostał stypendium do szkoły tańca. Został tu na stałe. Pracuje w kuchni, która obsługuje stołówkę. Jest jej szefem. Wiesz jak rosną orzeszki ziemne? – zapytał mnie kiedyś. Jak przyjechałem tu, to myślałem, że rosną na drzewach – odpowiedział za mnie. Do Francji już nie tęskni, bo tu jest jego dom. Tylko jedna z córek mówi po francusku. W czasie przerwy na kawę opowiada mi, trochę refleksyjnie, że kibuc się zmienia. Jeszcze 8 lat temu był w dawnym typie. Wszystko w stołówce i w sklepie, w pralni i pubie było za darmo. Śniadania, obiady i kolacje codziennie. Każdy mógł przyjść i brać co sobie chce. Ale jak za darmo to ludzie zamiast 3 kg ziemniaków na obiad, brali 20 kg i życie wymusiło zmiany. Kiedyś za elektryczność płacił za wszystkich kibuc i ludzie nie oszczędzali, więc teraz przyjęto inne rozwiązanie (kryzys dotyka wszystkich i wszędzie). Kwotę pieniędzy przeznaczoną na ten cel dzieli się na wszystkich kibucników i wychodzi po 300 szekli (około 330 zł) miesięcznie na rodzinę. Więc jak ktoś oszczędza to wyda 200, a 100 zostaje mu w kieszeni. A jak nie oszczędza to musi dopłacić z własnej kieszeni. Tylko woda jest dla wszystkich za darmo. I to jedna z ostatnich pozostałości po dawnych czasach. Mając jeszcze świeże spojrzenie mówi, że kibuc jako miejsce gdzie wszyscy są równi, oferuje tę równość dzisiaj tylko na podstawowym poziomie. Wielu ma rodziny poza kibucem więc zdarzają się spadki, dziedziczenia, darowizny, dodatkowe pieniądze z najmu domów i mieszkań poza kibucem czego efektem jest to, że są biedniejsi i bogatsi, i złamana została zasada równości. Ludzie zaczynają gadać za plecami i zazdroszczą sobie wzajem, czemu ten ma taki samochód, a ten nie ma itd.



Stołówka



        Lepsza organizacja wymaga zmian

     Można tu dodać, iż po raz pierwszy  zasadę równości wspólnoty kibucowej złamały pieniądze jakie otrzymali kibucnicy z reparacji wojennych i odszkodowań za straty i krzywdy wyrządzone przez Niemców Żydom podczas II wojny światowej. Do tego doszły emerytury i renty wypłacane przez państwo niemieckie. W kibucach stosowano różne sposoby  zagospodarowywania tych pieniędzy. Decydowała o tym wspólnota. W niektórych pieniądze  trafiały do wspólnej kasy i były wydawane na wspólne potrzeby. W innych trafiały na osobiste konta i podlegały dziedziczeniu. Bywały i takie sytuacje, iż ludzie rezygnowali ze wspólnoty nie chcąc poddać się decyzji większości i chcąc zachować te pieniądze dla siebie i swoich najbliższych. W moim kibucu za pieniądze z odszkodowań niemieckich wybudowano basen i pozostałe urządzenia sportowe.
Innym przykładem tych zmian jest stołówka, w której pracuję. Od kiedy pojawił się nowy szef, zaczęto organizowac przyjęcia, wesela i catering dla pracowników różnych firm i deficytowe wcześniej przedsięwzięcie, do którego kibuc dopłacał rocznie ponad 300 tysięcy szekli stało się dochodowe i osiąga zysk na poziomie 80 tysięcy. Jest lepsza organizacja pracy, pracownicy lepiej zarabiają, sala jest wynajmowana na prywatne potrzeby, sprzedają swe usługi na zewnątrz i kupują produkty tam gdzie taniej (nasz kibuc słynie z uprawy ziemniaków, ale ziemniaki kupują gdzie indziej bo są tańsze). Efektem tych zmian jest posiadanie przez stołówkę samochodu. To nowość od kilku lat. Kiedyś wszystkie samochody należały tylko do kibuca. Tu trzeba koniecznie dodać, że kibuc nadal posiada własne samochody, które członek kibuca może sobie wynająć za drobną opłatą. Chcąc wynająć po prostu trzeba zapisać się na listę podając termin, w którym chciałoby się z niego skorzystać. Ale  niektórzy posiadają już własne.



       Ale... czym właściwie jest "kibuc"?

Historycznie rzecz biorąc kibuce to gospodarstwa rolne, w których ziemia i środki produkcji były własnością wszystkich członków. Wywodzą się one z żydowskiego ruchu syjonistycznego i socjalistycznego, którego celem było stworzenie nowego człowieka poprzez ciężką pracę na roli i obronę wspólnoty. Pierwsze powstały na początku XX wieku utworzone przez emigrantów z Europy. Wybierano komitet, równo dzielono obowiązki i prawa, ale najważniejsze, że przynależność do kibuca była i jest dobrowolna. I dzisiaj mieszka w nim wielu, którzy nie są jego członkami.
Znamieniem czasu jest odstąpienie od wspólnego wychowywania dzieci. Kiedyś wszystkie dzieci w kibucu wychowywały się razem. Były separowane od rodziców i przebywały od dzieciństwa oddzielnie. Pod okiem wychowawców się bawiły i uczyły, aż gotowe były do podjęcia pracy. Ten czas już minął. Noa, moja starsza znajoma, wspomina ze smutkiem, że najgorszy okres w kibucu miała kiedy oddała dzieci i wychowywały się bez niej, poza domem. To było nie do wyobrażenia – mówi mi dzisiaj. Teraz już bym tak nie zrobiła. Nigdy  nie mogę sobie tego wybaczyć – dodaje.
Dzisiaj dzieci wychowywane są w domach z rodzicami. Oczywiście, ci którzy pracują mogę korzystać z przedszkoli na podobnych zasadach jak w Polsce. Do szkół chodzi się w kibucu lub dojeżdża do innego w zależności od rodzaju szkoły. Dowożą autobusy. Dzieci zaś od małego uczone są szacunku do pracy. Każdą wolną chwilę poświęcają na pracę albo dla swojej rodziny albo na rzecz kibucu wykonując różne drobne użyteczne prace.



        Na czym zarabiać może kibuc?

     Z informacji, które zbieram od znajomych lub znajduję w tutejszej prasie wynika, że kibuce się rzeczywiście zmieniają. Coraz więcej kibuców żyje, i to bardzo dobrze, z produkcji różnych współczesnych gadżetów lub sprzedaży różnych usług. Przykładem kibuc Beeri, w którym produkuje się karty płatnicze VISA i czeki bankowe. Inny jest słynny na całym  świecie z dobrej szkoły tańca. Przyjeżdżają do niej ludzie z całego świata zostawiając spore pieniądze.  Trzeba się zapisywać i czekać w kolejce na wolne miejsce. Kibuce wynajmują dla mieszczuchów domy na zasadzie: chcesz posmakować życia na wsi, przyjedź do nas. Jeszcze inne stały się dobrym miejscem do zamieszkania dla osób, które pracują w mieście. Jeżeli ktoś lubi ciszę, uporządkowaną egzystencję, bezpieczeństwo i bezpośredni kontakt z przyrodą to wybierze kibuc. Ale większe pieniądze to problemy dla takich małych społeczności. Bo po zaspokojeniu wszystkich potrzeb duchowych i fizycznych dalej pozostają pieniądze, które zaczynają dzielić ludzi bardziej niż cokolwiek innego. Trzeba sobie z tym radzić. Funduje się więc różne stypendia, przyznaje różne dodatki ale i tak pojawiają się pytania o sprawiedliwy podział. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.



       Współczesna alternatywa

A więc każdy znajdzie coś dla siebie. Wydaje się, że mimo wszystkich problemów współczesnego świata i kryzysów, idea kibuca żyje i ma się dobrze. Jak mówi najbardziej znany na świecie pisarz izraelski Amos Oz w rozmowie dla polskiego radia TOK FM: „(…) w kibucach mieszka dzisiaj więcej osób niż kiedykolwiek wcześniej”. I dalej: „Kiedy rozglądam się wokół - czy to w Tel-Awiwie, czy w Warszawie - widzę, że zbyt wielu ludzi pracuje ciężej niż powinni. Robią to, żeby zarobić więcej niż rzeczywiście potrzebują, kupić rzeczy, których nie potrzebują, aby zaimponować ludziom, których właściwie nie lubią. Nie ma się co dziwić, że niektórzy szukają alternatywy”.
A co z uproszczeniami, zwłaszcza w Polsce, dotyczącymi kibuców, iż przypominają sowieckie kołchozy? W odróżnieniu od sowieckiej ideologii, która stworzyła kołchozy i przy ich tworzeniu zastosowała przymus i terror, wybór życia w kibucu był zawsze wyrazem wolnej woli człowieka. A więc nie przymus tylko ludzka wola. I ona zwyciężyła powodując, że kibuce (wprawdzie zmienione) ale dalej funkcjonują znajdując swoje miejsce na mapie współczesnego Izraela i świata. I jeżeli nawet stoją na rozdrożu, to jest to takie miejsce „po środku”, między tym co było kiedyś, a tym co jest dzisiaj i będzie jutro, między wspólnotą a kapitalizmem. Doświadczenie nie podobne do żadnego innego na świecie.







Maria Radek




Odwiedź blog autorki!








poniedziałek, 7 października 2013

Ciasna kitka kontra swobodne upięcie





      Dajmy włosom wolność, a odwdzięczą się spontanicznym szykiem!

    Zauważyłam to stojąc na światłach w korku rowerowym – takie zdarzają się w centrum Amsterdamu częściej niż samochodowe. Co sprawia, że Holenderki mają taki look? Włosy! A raczej to, jak się z nimi obchodzą. Zamiast zaczesywać, przylizywać, spinać, dyscyplinować spinkami i wsuwkami, raz, dwa : luźne upięcie, najlepiej zwykłą klamrą. Tu trochę opada, tam fantazyjnie odstaje, tu jakiś kosmyk, tam jakieś pasmo i… efekt imponujący. Mówiąc wprost przylizana kitka wygląda nazbyt grzecznie, a przede wszystkim brakuje jej pewności siebie. Luźne upięcie zaś idzie przebojem! A i grzywą można czasem zarzucić i dodać sobie animuszu. Polecam!










Przed wizytą w Amsterdamie…

...i po! ;)))




Marta LePiano 









poniedziałek, 15 lipca 2013

Co za upał! Więc może… turecka herbata?




    Jest środek upalnego lata. Klimatyzacja, lody i zimne napoje chłodzące, wydają się być zbawienne. Nic jednak bardziej mylnego! Taka kombinacja jest najprostszą drogą do letniego przeziębienia.


Zdjęcie z portalu:  www.fostertravel.pl


     A więc może… gorąca herbata? Opinie co do picia jej latem są bardzo podzielone. Jedni uważają to za czyste szaleństwo. Jednak zwolenników tego zwyczaju jest całkiem sporo. Są  nimi na przykład Turcy.

      Herbata jest w Turcji najpopularniejszym napojem. Jej sława  znacznie przewyższa kawę. Turcja zajmuje drugą pozycję  na świecie w ilości pitej herbaty przypadającej na jedną osobę.
    Widok  szklaneczki w kształcie tulipana, wypełnionej bursztynowym napojem, jest jednym z najbardziej charakterystycznych widoków w tym kraju.

    Jak smakuje? Jest bardzo mocna i bardzo słodka. Żeby ją przygotować należy uzbroić się w cierpliwość, ponieważ zaparzanie tureckiej herbaty jest ponad dwudziestominutową ceremonią, w trakcie której ma przyjść przyjemne rozluźnienie. Herbaty broń Boże nie powinno się robić na szybko, albo  w biegu!

     Żeby  przyrządzić tradycyjną herbatę po turecku, najpierw trzeba zaopatrzyć się w odpowiedni jej gatunek. Dzięki najróżniejszym sklepom internetowym, w tym temacie nie ma  problemu. Większym wydatkiem będzie odpowiedni sprzęt, ponieważ do zaparzania tureckiej herbaty niezbędny jest specjalny, podwójny czajnik.

      Do dolnej części czajnika, wlewa się wodę. Do górnej, jedną miarkę (jedna miarka odpowiada porcji suszu herbacianego, którą można zmieścić w jednej tulipanowej szklaneczce) herbaty, którą następnie należy namoczyć w małej ilości wody.  Tak zwilżone liście nie  spalą się podczas zaparzania. Kiedy woda z dołu jest już zagotowana, wlewamy ją do górnego czajnika. Do gotującej się herbaty dodajemy kostkę cukru. Dolny czajnik uzupełniamy porcją wody. Cały proces gotowania   nie powinien trwać krócej niż 20 minut.

     Kiedy wszystko jest już gotowe,  do połowy tulipanowej szklaneczki nalewamy herbatę. Drugą połowę uzupełniamy wrzącą wodą.  Jeszcze tylko dodatkowa kostka cukru i można   pić. Tylko jak…? Przecież ta rozgrzana szklaneczka parzy! Tutaj   trzeba wykazać się sprytem  – należy  trzymać  szklaneczkę od góry dwoma palcami i delikatnie przechylać w kierunku ust.
   Tak wygląda  najbardziej klasyczna wersja tureckiej herbaty. Kiedy się znudzi, można dodawać najróżniejsze przyprawy: cynamon, kardamon czy też miętę.

     Z tak przyrządzanej herbaty Turcy wcale nie rezygnują również latem. Jak więc ma się to do ponad czterdziestostopniowych upałów?
      W tym tureckim szaleństwie na punkcie herbaty jest jednak pewna metoda. Wg naukowców, picie jej  w upały powoduje  wzrost temperatury naszego ciała. Dzięki temu nie odczuwamy tak mocno wysokiej temperatury na zewnątrz. Tutaj jednak ważna uwaga! Jak zawsze najlepiej sprawdza się metoda „złotego środka”. Trzeba pić ją z umiarem i nie zapominać również o piciu mineralnej wody. Gorąca herbata potrafi świetnie ugasić pragnienie, ale nasz organizm nieustannie potrzebuje przecież wody.





Dorota Kamińska








niedziela, 10 lutego 2013

Sprzątanie po włosku!

 
 
      Wszyscy, którzy byli kiedyś we Włoszech, zastanawiają się jak wyglądają wnętrza włoskich domów. Właściwie można je podzielić na 2 typy: wnętrza klasyczne i wnętrza nowoczesne. Wnętrza klasyczne mają zazwyczaj podłogę  z  marmuru albo granitu i duże, masywne meble z drewna. Wnętrza nowoczesne mają na podłodze płytki ceramiczne, a meble są często bardzo błyszczące, o prostej, geometrycznej formie bez żadnych ozdobników. Właściwie jedno jest przeciwieństwem drugiego. Łączy je jednak parę szczegółów…
 
 
  1. Nieskazitelny porządek, jaki można spotkać w mieszkaniu, o każdej porze dnia i nocy.
 
  1. Codziennie suszące się ubrania lub posciel, zwisające z okien i balkonów. W każdym szanującym się domu pranie robione jest  codziennie!
 
  1. Gazety wyścielające górną powierzchnie wszystkich mebli. Gazet nie widać, ale za to kurz nie osiada bezpośrednio na drewnie, które pozostaje jak nowe na długie lata. 
 
  1. Lekki zapach chloru w łazience. W większości mieszkań, ze względów higienicznych, jest  specjalna łazienka tylko dla gości. Łazienkę można myć wodą z chlorem, wodą z octem, wodą z wybielaczem, a fugi mieszanką octu i sody oczyszczonej.
 
  1. Lekki chłód w mieszkaniach zimą, około 18-20 stopni. Uważa się, że różnica temperatury między tą na zewnątrz i wewnątrz mieszkań powinna być  jak najmniejsza.
 
  1. Co najmniej pięć  koszów  na śmieci: na odpady spożywcze, na papier, na szkło, na plastik i ostatni na to, co do żadnej z tych kategorii się nie zalicza.
 
  1. Sgabuzzino, czyli specjalne, małe pomieszczenie na przyrządy służące utrzymywaniu czystości. We włoskich domach szczotki, odkurzacz, detergenty mają swój własny pokoik.
 
    8.     Firanki przymocowane do szyb na całej swojej długości, aby nie fruwały bezwolnie  
             po   pokoju   z każdym podmuchem wiatru, wprowadzając  niepotrzebnie wrażenie chaosu.
 
 
  1. Okna bez żadnych zacieków. Aby ten cel osiągnąć, myje się je kawałkami gazet, zmiętymi w kulkę, nasączonymi w alkoholu.
 
  1. Tapczany regularnie myte szmatką nasączoną roztworem wody i amoniaku.
 
  1. Piekarnik w kuchni, używany codzienne, jest myty wodą z amoniakiem. Do garnka z gorąca wodą wlewamy szklankę amoniaku, zostawiamy  w środku na noc. Na drugi dzień piekarnik myjemy ściereczką.
 
 
      Dziś można gdziekolwiek na świecie urządzić mieszkanie tak samo jak  we Włoszech. Można kupić identyczny sprzęt AGD, te same detergenty. Można co wieczór wypełnić mieszkanie zapachem świeżych zapiekanek makaronowych albo warzywnych, a co rano mocnym kawowym zapachem espresso. Można też na włoski sposób utrzymywać w nim czystość. A po kilku latach, jak już będziemy spać przytuleni do szczotki, zmieńmy  metę wakacji na jakiś  czas  :)))
 
 
 
     Marzena Mozdzierz
 
 
 
 
 

niedziela, 16 grudnia 2012

Hej, hej Sverige! Czyli mrówka M w wielkim mieście. (część 2)

 
 
      Dziwne to miasto… Pan ( nazwijmy go swojsko Kaziu),  gdzieś około czterdziestki, w topie „panterka”, czerwonych szpilkach i z krwistoczerwoną pomadką na ustach… czemu nie? Tutaj takich panów Kaziów jest całe mnóstwo i nawet przez myśl im nie przejdzie, że wyróżniają się z tłumu. Michael Jackson, Elvis Presley, Pin-up girl – no problem! Kobieta Ninja – jak najbardziej. I wiecie co jest najfajniejsze? Że nikogo to nie dziwi, nie zaskakuje, nie obraża czy denerwuje, nie ma  kogoś kto zbeszta, jaki to jesteś niewychowany, wulgarny i jak ty w ogóle wyglądasz? I nawet mimo, że jesteś tam mrówką jedną z miliona... Jesteś wyjątkowa! Jedyna w swoim rodzaju! Tutaj możesz być kimkolwiek chcesz. I nikt Ci nic nie zarzuci, nie spojrzy krzywo, nie skomentuje. Jesteś Super Mrówką i dobrze Ci z tym. Czujesz wolność!
 
      Dziwne jest to miasto, w którym do pracy zazwyczaj dojeżdża się rowerem w garniturze, a kobiety bez makijażu i codziennych wizyt w solarium wyglądają jak boginie. W którym czuję się jak na planie hollywoodzkiej produkcji, w której gram główną rolę i w której tyle się dzieje. W którym nie masz prawa się nudzić. Jak nie performance metrze, to flash mob na Starym Mieście.  A przecież nadal jestem w Europie! Tak blisko domu. To miasto żyje pełnią: 24 godziny na dobę i każda z 1440 minut doby, jest w stu procentach wykorzystana!
 
 
      Bo taki właśnie jest Sztokholm… „Stockholm” – stolica Szwecji, zamieszkiwana przez ponad 2 miliony osób, położona na 14 wyspach, połączonych 53 mostami. 1/3 powierzchni miasta zajmują budynki, reszta to woda i lasy. Wiele przeprowadzonych międzynarodowych ankiet wskazuje, że naród mieszkający tutaj zalicza się do najszczęśliwszych na świecie ( dlaczego mnie to nie dziwi…?). Nazywany „Wenecją Północy”. Ze Sztokholmu pochodzi Greta Garbo. Zwiedzić tu można ponad 70 muzeów ( w tym Muzeum Nagrody Nobla) i ok. 100 galerii sztuki. Znajduje się tu jedyny na świecie zachowany w całości okręt pochodzący z XVII w.  I to właśnie też w Sztokholmie znajduję się najstarszy na świecie skansen!
 
      Dziwny jest ten Sztokholm… w którym kobiety nie zakładają szpilek. Ale dlaczego? Bo po co! Skoro i tak wyglądają jak z wybiegu, jak z najlepszego i najmodniejszego katalogu o modzie.  Bo nie chodzi o to, żeby wyciągnąć z szafy niedzielną sukienkę i się pokazać, bo wtedy jestem modna. Bez względu na to, czy założysz, miętową sukienkę z rodzimego H&M, czy stare wyprane jeansy a do tego kalosze, czy podarte dresy, czy sweter do kolan, czy starą kurtkę babci… Nie ma znaczenia czy masz włosy fioletowe, zielone czy różowe, okulary na pół twarzy czy lenonki, czy koturny czy platformy… Ważne żebyś dobrze się w tym czuła, a tym samym taki nieład artystyczny i takie „olewactwo” przy wyborze stroju, to jednak bardzo przemyślana decyzja. Jakkolwiek Szwedki by się nie ubrały, wyglądają jak z wybiegu i narzucają trendy. I następnego dnia chcesz wyglądać tak jak one. A szpilki? Po co szpilki ?To nie one decydują o tym, że wyglądasz sexy, to może być sweter do kolan. A może chodzi o to, że tu na każdym kroku są schody ruchome z takim dużymi rowkami i może po prostu nie wygodnie się w nich biega? Bo przecież mrówka w mrowisku nie ma czasu na spacerek!
 
 
     Zakochałam się… Zakochałam się w tej dziwności, w tej magii, niecodzienności, inności, szybkości. Zakochałam się w Sztokholmie. I choć kocham Polskę, to na razie chcę być dalej mrówką. Mrówką M w wielkim mieście. W miejscu, w którym kiedy tylko zapragnę mogę zostać kimkolwiek chcę! Jednego dnia udawać celebrytkę, drugiego psychofankę Justina Biebera, trzeciego sobowtóra Marilyn Monroe, a czwartego będę Martą z Polski, z książką w ręku, z słuchawkami w uszach nucąca pod nosem Grechutę…  „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Bo tutaj możesz zostać każdym jednocześnie, pozostając sobą! A przez tę wolność, swobodę, różnorodność, przez ten wielki świat, przez te wszystkie dziwne rzeczy, które chyba tylko mnie jeszcze zaskakują, te ważne  dni, których jeszcze nie znamy stają się jeszcze ważniejsze!
 
 
Spacer po Sztokholmie…
 
 
 




 
 
 
 Marta Czarnecka - Wojda



 

niedziela, 9 grudnia 2012

Hej, hej Sverige! Czyli mrówka M w wielkim mieście. (część 1)

 
 
 
      Dziwne to miasto.  Takie kolorowe, czyste, bez ani jednego papierka na chodniku. „Poukładane”. W którym wszystko musi być idealne, podręcznikowe. Ludzie tacy życzliwi, uprzejmi do przesady. Wszystko nowoczesne, gdzie technologia doprowadza do szewskiej pasji, utrudniając  skorzystanie z toalety.  W którym mieszkańcy ułatwiają sobie życie jak tylko mogą, w każdej dziedzinie, nawet przy układaniu skarpetek w komodzie - nie dość  że są ułożone kolorystycznie, to jeszcze złożone w kostkę i ustawione według metek, ba! czasami mają wyszyte nazwy kolejnych dni tygodnia, o tak po prostu, żeby było prościej.  W którym na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszyscy się gdzieś spieszą, że wszystko tu robi się w biegu. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo okazuje się, że to tylko pozory, że to tylko tak wygląda, bo tak naprawdę  tu każdy na wszystko ma czas i żyje się ze spokojem. Wszystko wręcz MUSI być robione wedle zasady „Mamy dużo czasu!!!”. Przecież łatwiej by było sprzątnąć gałęzie z ławki w parku przy użyciu rąk. Ale po co się przemęczać, skoro te cztery gałązki w ciągu godziny sprzątnie dziwny mały traktorek,  obsługiwany przez trzy osoby?
 
 
 
       Miasto, w którym policjant upominając Cię  z uśmiechem na twarzy, bo dopuściłeś się drobnego wykroczenia, przeprasza że zajmuje czas i bardzo uprzejmie prosi o zachowanie spokoju. Ale że jak? Że bez mandatu? A do tego, gdy jadąc autem chcesz zmienić pas i po prostu wbijasz się komuś, nikt Ci nie prezentuje środkowego palca?  Miasto, w którym kelnerka z 7eleven podając kultową tutaj kawę z drożdżówką przeprasza, że od razu nie odezwała się po angielsku. „Czy podać coś jeszcze?” powiedziała w języku urzędowym. Jak ona śmiała?! „Bezczelna”…! Miasto, w którym po angielsku ( mimo, że urzędowym jest tu inny język) przeprowadzisz interesującą rozmowę z czterolatkiem…
      Dziwne to miasto… Ale takie intrygujące i uzależniające.
      Dziwne to miasto, w którym pieszy na pasach jest traktowany niczym święta krowa w Indiach.  Miasto, w którym jadąc w metrze i nie mając w ręku iphona, czuję się jakbym była bez ubrania. A jednocześnie w którym uprzejmość  i ciągły uśmiech na twarzy to chyba jakaś wada wrodzona, bo moja ukochana polska mentalność każe mi się doszukiwać złych intencji w każdym, bo „na pewno za plecami tyłek mi obrobi”. A może nie? Challenge accepted!!! Do sprawdzenia!
 
 
 
      Dziwne to miasto, w którym w galerii handlowej 70% konsumentów to tatusiowie z wózkami, nosidełkami, chustami. Jasnowłose dzieci niczym z amerykańskiej reklamy płatków śniadaniowych. A tatusiowie wyglądają tak jakby tuż po śniadaniu teleportowali się do włoskiego salonu mody, w którym sztab specjalistów przygotuje ich wizerunek na cały dzień. A mamusie gdzie? A mamusie spełniają się zawodowo! Ale ci tatusiowie… Są idealni! Dziewięciu na dziesięć ma dłuższe włosy, zaczesane do góry niczym od linijki. Coraz częściej wąsy „na Brada Pitta”, do tego stylowe okulary, no i te ubrania od włoskich stylistów... A wyobrażacie sobie, że barwy narodowe odpowiednio wyeksponowane dają niesamowity efekt? I nie chodzi mi tutaj o maszt z flagą przed każdym domem, ale o ubiór! Oj, Jacyków nie miałby roboty tutaj...
       I znowu moja polska wredna „ja” się odzywa: ale że niby co? Że niby oni tak sami się wystylizowali? Że bez kobiety? Że sami tak sobie chodzą na zakupy. Że różowa koszulka jest w modzie, a kolorowe spodnie nie są dla bab, no i że niby sandały plus skarpetki to obciach? Jasne! Ale żeby nie było: kocham Polskę i tęsknię za nią jak diabli, nawet za tymi sandałami! A tutaj mój dodatkowy zmysł wyłapywania w tłumie rodaków wyostrzył się. Szczególnie w piątkowy wieczór w monopolowym… wtedy jakoś tak bardzo się uruchamia…
       Dziwne to miasto. W którym nic mnie już nie zdziwi! I kiedy tak codziennie jadę sobie metrem, przeciskając się przez tłumy przedstawicieli każdej narodowości świata, odpowiednio eksponującej strojem swoją miłość do ojczyzny. Czasami ten tutejszy międzynarodowy dress code sprawia, że czuję się jak na wielkiej imprezie u ambasadora. I  kiedy zmierzam skasować mój miesięczny bilet, właśnie wtedy - czuję się jak mrówka w wielkim mrowisku.  Zawsze wtedy myślę sobie o Bin Ladenie. Że takie metro  - to przecież idealny cel…


    Spacer po Sztokholmie:
 

 
 
 

   
 
Marta Czarnecka - Wojda